grudnia 1
przepisy kulinarne
Oczy Catherine rozszerzyły się ze zdumienia.
- Skąd pan wie…
- Przecież nawet pokojówki ostrzegają swoje panie przed niebezpieczeństwami
samotnych eskapad. - Pochylił się, aby podnieść koszulę z ziemi. - Tym razem powinna
pani uznać, iż wielkie to szczęście, że nie natknęła się pani na kogoś, kto ma mniej
skrupułów i więcej czasu przepisy kulinarne. Kogoś, kogo nie powstrzymałby ostry język i wojownicze
usposobienie.
- Kogoś, kto ma mniej skrupułów? Pan sobie pochlebia, mój panie. I co pan
rozumie przez wojownicze usposobienie?
Chłodne, jakby karcące spojrzenie stropiło ją znowu. Przez dłuższą chwilę nie
umiała znaleźć słów i spłoniła się aż po szyję. Wzrok mężczyzny powędrował za
rumieńcem, zatrzymując się na rozchylonych brzegach kołnierza, po czym przesunął się
jeszcze niżej, gdzie materiał bluzki powabnie układał się na piersiach dziewczyny. Jakby
samo to nie było dość zuchwałe, nieznajomy znowu ukazał w uśmiechu białe jak u wilka
zęby.
- Domyślam się, że jest pani spokrewniona z owym sir Alfredem Ashbrookiem.
- Jestem jego córką - przyznała, lekko unosząc brodę. - I cóż z tego?
- Jego córką. - Wymruczał te słowa z szelmowską nutką w głosie i Catherine
uświadomiła sobie, że mężczyzna robi kilka powolnych, miarowych kroków w jej
kierunku. Ani nogi, ani duma dziewczyny nie odpowiedziały na wewnętrzny nakaz, by
odwrócić się i biec, ale klacz wyczuła jej nagły niepokój i parsknęła ostrzegawczo. To
natychmiast sprowokowało ogromnego czarnego ogiera, który z łoskotem ruszył przez
polanę.
- Shadow! Stój!
Nieznajomy nie odrywał wzroku od twarzy Catherine, lecz dziewczyna ze
zdumieniem ujrzała, że wielki ogier od razu się zatrzymał. Stanął z wyprostowaną
czarną głową, z oczami żarzącymi się jak węgle, drżąc z żądzy ataku. Gdy ponownie
przeniosła wzrok na mężczyznę, uświadomiła sobie z głębokim zaskoczeniem, że on,
wykorzystując jej nieuwagę, zbliżył się tymczasem na odległość ramienia. Co więcej,
pozwolił sobie wyciągnąć dłoń w stronę aksamitnego pyska jej dereszowatej klaczy.
- Odgryzie panu palce - ostrzegła Catherine.
Ręka zawahała się, ale tylko na ułamek sekundy, po czym znowu powędrowała w
kierunku długiego, wąskiego łba. Nozdrza klaczy zadrżały, a oczy rozszerzyły się wrogo,
jednak zwierzę nie wykonało żadnego widocznego ruchu, by uniknąć głaszczących je
palców. Nieznajomy wdział koszulę, lecz jej nie zapiął i rozchełstane poły odzienia
zwisały niedbale. Catherine, uwięziona pomiędzy własnym wierzchowcem a mężczyzną,
mogła patrzeć tylko na jego potężną klatkę piersiową i obłok czarnych kręconych
włosów, które w niewielkim stopniu łagodziły twarde płaszczyzny i kontury mięśni
rysujących się pod skórą. Powoli podniosła oczy, zatrzymując je najpierw na
kwadratowej szczęce i szerokich, zmysłowych ustach. Głos nieznajomego był głęboki i
nosił znamiona ogłady, zdradzając wykształcenie, którego jednak nie potwierdzały
maniery. Z niewielkiej odległości oczy mężczyzny wciąż wyglądały jak z obsydianu, lecz
zbłąkany promień światła odsłaniał w nich głębie o ciemnoniebieskiej barwie
północnego nieba, sugerujące istnienie jakichś mrocznych tajemnic i niepokojących
namiętności. Łuki brwi były tak samo hebanowo czarne jak włosy. Jedną przecinała
cienka, biała blizna, może pamiątka po pojedynku, przydająca twarzy nieznajomego
groźniejszy wyraz.
Mężczyzna głaskając klacz przypadkowo musnął ramię młodej damy. Catherine
cofnęła się, jakby sparzył ją ogień.
- Łaskawy pan wybaczy - rzekła cierpko - ale to mój koń. A także, w rzeczy samej,
moja polana, i życzyłabym sobie, by bezzwłocznie pan ją opuścił.
Uniósł brwi w rozbawieniu.
No Comments
Leave a comment